Definicyjnie

Jakiś czas temu Ktoś (tak, to o Tobie mowa Jacku :)) poprosił o zdefiniowanie pojęcia terapii relacyjnej tak, jak ją rozumiem. Trudne wyzwanie – myślowe i emocjonalne. Skomplikowane, bo każda definicja jest z natury swej pewnym ograniczeniem (nadaniem ram), a Autorka za ograniczeniami niezbyt przepada i stąd ten chyba opór i upór 🙂 Niemniej, podjęłam rękawicę i od kilku dni intensywnie rozmyślam na temat tego, jak tu ów twardy kęs ugryźć tak, aby się najeść i jeszcze mieć z tego przyjemność 🙂

Po pierwsze, uważam, że terapia relacyjna jest działaniem, którego osią jest RELACJA. Nic zaskakującego, ale cóż to oznaczałoby dalej? Uważam, że w działaniu, terapeuta relacyjny skupia całą swoją uwagę nie tyle na dziecku (sic!), co na owej relacji, a więc interakcji między samym sobą, a dzieckiem. To ważne stwierdzenie, bo chociażby w terapii niedyrektywnej, do której relacyjna mocno nawiązuje (lecz nie jest z nią tożsama) niekiedy pisze się, że terapeuta staje się sługą dziecka, a ono samo jego panem. Mam sporo niezgody w sobie na budowanie i bycie w tego typu relacji. Myślę, że dla nikogo nie jest ona na dłuższą metę rozwojowa, ani karmiąca. Chyba szybko prowadzić może do przesycenia z jednej, a wypalenia z drugiej strony. Sługa jest podwładnym, gdy nie wie, co czyni jego pan. Gdy nie rozumie tego, co się między nimi dzieje, a biernie (i wiernie:)) poddaje się decyzjom swego władcy. W sytuacji, gdy oboje rozumieją co się dzieje i dzięki temu zrozumieniu wchodzą nawet na płaszczyznę pochyłą, kiedy to dziecko na niby „rządzi”, a dorosły je słucha i podąża nieustająco – nadal pozostając silnym i bezpiecznym dla dziecka opiekunem – wtedy tych dwoje staje się Przyjaciółmi. Bliskimi sobie osobami, którzy wspólnie pielęgnują pojawiającą się między nimi relację. I znów zrobiło się poetycko i patetycznie … 🙂 cóż…

Terapia relacyjna jest skoncentrowana na relacji – jej nawiązaniu, utrzymywaniu, rozwijaniu i – w odpowiednim momencie – kończeniu (jeśli taka potrzeba i wola pojawia się z obu stron – oczywiście, zdarzają się sytuacje losowe, gdy relację trzeba zakończyć bez obustronnej na to zgody, ale o tym pisałam już m.in. w notatce o współpracy z rodzicami). Nawiązanie, utrzymanie i rozwijanie relacji staje się dla terapeuty priorytetem, wokół którego koncentrują się dalsze działania, np. w sytuacji, gdy pracujemy z dzieckiem już na to gotowym, działania stricte edukacyjne. To relacja wyznacza, co i kiedy ja robię z dzieckiem. Jeśli dziecko, bądź terapeuta nie są z jakiś powodów na określone działania gotowi, a ich wprowadzenie zagraża utrzymaniu relacji, rezygnuje się z nich zakładając, że kontakt i porozumienie są ważniejsze, niż wykonanie danego działania (osiągnięcie zewnętrznego celu).

Z dzieckiem neurotypowym taka relacja buduje się dość szybko. I w dość krótkim tempie przejść można do innych działań, bazując na silnie ugruntowanej więzi. Z dzieckiem autystycznym tak nie jest. Dziecko neuronietypowe może wycofywać się z relacji w sytuacji, gdy czynniki zewnętrzne lub wewnętrzne działają na nie przeciążająco. Tu relacja (początkowo) nie jest bezpieczną bazą, czy przystanią, które dają poczucie ulgi i możliwość oddechu, a jednym z obciążających bodźców – przyjemnych i ekscytujących w większości przypadków – jednak wymagających wysiłku, pozbawiających energii, wyczerpujących. W relacji dziecko autystyczne bardzo intensywnie pracuje – pracuje nad tym, aby rozumieć drugiego człowieka, odbierać płynące od niego komunikaty, reagować na nie. Jest to jego ciężka, wewnętrzna praca, której my – jako terapeuci – stajemy się  życzliwymi towarzyszami. Tak, właśnie wtedy, gdy „nic nie robimy” jesteśmy najbliższej dziecka i dajemy mu „najbardziej w kość” – naszą obecnością, uważnością, bliskością – intensywnie stymulujemy dziecko do rozwoju społecznego i emocjonalnego. Bez pośredników, bez  zastępników. Wprost.

Terapeuta relacyjny staje przed wyzwaniem – jest zobowiązany w swej pracy nieustająco czuwać nad interakcjami z dzieckiem. Na bieżąco analizować to, co dzieje się w jego własnym świecie wewnętrznym (co myślę, czuję, dlaczego tak reaguję), a także nad tym, co ma miejsce w świecie wewnętrznym dziecka. Jednocześnie patrzeć, jak te dwa światy działają na siebie nawzajem i co z ich połączenia wynika. Zdecydowanie nie jest to łatwa praca J

Nie wiem do końca, czy te luźne refleksje zaspokajają potrzeby definiowania terapii relacyjnej. Z pewnością nie, ale to w końcu jedynie preludium i impuls do dalszej myślowej i emocjonalnej pracy 🙂  wszelkie komentarze i dopełnienia mile widziane 🙂

Tagged , , , ,

About Paulina

Psycholożka, pedagożka specjalna. Zaciekawiona światem pasjonatka poszerzania horyzontów. Uwielbiam bawić się z dziećmi i rozmyślać. W relacji z drugim człowiekiem bliska mi jest idea „refleksyjnego serca”. Gdy nie ma wokół mnie dzieci, spełniam się naukowo realizując zorientowane klinicznie projekty badawcze.
View all posts by Paulina →

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *